piątek, 29 maja 2009

Władca Gaci

Pewnego upalnego dnia, miało miejsce wydarzenie, które pamiętam, jakby to było wczoraj. A może to było wczoraj? Jasny gwint, muszę skończyć z tą wód... Nieważne. W każdy razie postanowiłem iść na basen. Spakowałem wszystko do plecaka i wyruszyłem nieświadomy tego, co mnie spotka. Przechodząc obok budynków mieszkalnych, usłyszałem jakieś szepty. Nie wiem, co mnie skusiło, ale poszedłem za nimi. Szedłem około godziny, dochodząc do jakiegoś lasu. Ruszyłem w jego głąb. Po kilku minutach zatrzymałem się, by wsłuchać się w szepty. Wtedy zdziwiłem się, że szepty dobiegają mnie ze wszystkich stron. Troszkę (prawie wcale) się przestraszyłem i pobiegłem przed siebie. Ale szepty nie ustawały. Wybiegłem na polane, na której stało coś jakby lustro. Podszedłem bliżej i zorientowałem się, że to nie lustro, ale portal. A jak na to wpadłem? Po prostu zamiast mojego odbicia było tam coś podobne do wielkiego oka skąpanego w płomieniach. No cóż, że jestem ciekawy, dotknąłem go ręką. Zdziwiłem się, że moja ręka przeszła przez nie, a z drugiej strony nie było jej widać. No cóż, jak portal, to portal. Wszedłem do środka. 
Gdy przeszedłem na drugą stronę, oniemiałem z zachwytu. Kraina była bardzo piękna. Był to wielki kanion (nie mylić z Wielkim Kanionem!), wszędzie pełno było drzew, kwiatów i innej roślinności bliżej mi nieznanej plus piękny strumień wychodzący z jeszcze piękniejszego źródła. Podszedłem na skraj pułki skalnej i zobaczyłem w głębi kanionu ogromny zamek. Odwróciłem się żeby spojrzeć na portal i zobaczyłem jedynie jak znika. No cóż, będę musiał wprosić się na imprezę. Schodząc w dół kanionu zahaczyłem nogą o jakiś głupi krzew i całą dalszą drogę turlałem się z górki (2km turlania się to nie przelewki!). Wstałem i wyczyściłem swoje ubranie, bo nie wypada iść do takiego zamku jako brudas. Idąc w stronę zamku zauważyłem, że jego główna brama nie jest strzeżona, ani zamknięta. Doszedłem na dziedziniec, gdy podszedł do mnie jakiś starzec w łachmanach. 
- Witaj, - powiedział - kto cię tu wpuścił? 
- Przecież nie ma nigdzie żadnej straży! 
- Muszę pogadać z Patafiondem, jego strażnicy nie mogą przecież tyle pić... 
- Niech mi pan lepiej powie, gdzie jestem i dlaczego tu jestem! 
- Spokojnie chłopie! - Widać było, że starzec się trochę przeraził - Jesteś w Ripendel, królestwie elfów. Jestem Wężyk Szary, mag, a ty? 
Skoro gościu bawił się w dokładanie kolorów do imion, postanowiłem zagrać w jego grę. 
- Jam jest Dawid Czarny, szary człowiek - odpowiedziałem mu z powagą 
- Niemożliwe! - Krzykną radośnie Wężyk - Jesteś osobą z legend! Dzięki tobie cała kraina Wśródziemie zostanie uratowana. Posiadasz jedyny przedmiot, mogący nas uratować! 
- A można wiedzieć, jaki? - Spytałem z zaciekawieniem 
- Jedyne Gacie! Zaraz zwołam rade Wśródziemia, a ty łaskawie zdejmij je, dobra? 
- Kurcze, człowieku, na co ci gacie? I do tego używane? - Powiedziałem z niedowierzaniem 
- Niedługo się dowiesz. Przyjdź za godzinę do sali obrad! - Powiedział biegnąc w stronę jednej komnaty. 
Zrobiłem, co mi kazał. Ściągnąłem gacie i oddałem je strażnikowi. Chodziłem tu i tam, poznałem miłych elfów i dobre trunki ich roboty. Po zakończeniu zwiedzania ruszyłem w stronę sali obrad. Wszedłem do środka. Było pusto, ale mogłem przynajmniej się trochę rozejrzeć. Rzędy krzeseł układały się w półkole, a naprzeciwko mnie, przy ścianie stała mównica. Wszystko zdominowane przez dwa kolory: zielony i brązowy. Bez pośpiechu zająłem miejsce jak najdalej od mównicy. Spojrzałem na zegarek: wszystko powinno zacząć się pół godziny temu. To, że ja się spóźniłem, wcale mnie nie dziwi, ale oni? W tej chwili otworzyły się drzwi i wszedł jakiś człowiek, za nim elf i krasnolud, który gadał coś o dyskryminacji krasnoludów. Stanęli na środku i rozglądnęli się. Gdy mnie zauważyli, ruszyli w moim kierunku. Usiedli obok mnie. Elf był ubrany w brązowy płaszcz, natomiast człowiek w jakieś czarne łachmany. Najbardziej rozśmieszył mnie krasnolud, którego ubrania nie było widać z z powodu ogromnej ilości złotych naszyjników, pierścieni i innych ozdób. Przyglądali mi się chwile i w końcu człowiek podał mi dłoń, by się przywitać. 
- Jestem Aragong - zaczął dialog - to jest Legolars - wskazał na elfa - a ten tu to Giligil. - Wskazał na krasnoluda, który siedział trochę zdenerwowany - Podobno to ty przyniosłeś Jedyne Gacie? 
- Jeżeli powiem, że tak - odpowiedziałem - powiecie mi, o co z nimi chodzi? 
- A więc jest tak: dawno temu, trzy pary gaci dostało się krasnoludom... 
- Mówiłem, że krasnoludy są dyskryminowane? - Przerwał mu Giligil 
- Nie przerywaj mi dobra? Siedem par gaci dla elfów i dziewięć par dla ludzi. Dostali je po to, by rządzić swoimi królestwami i ochronić świat przed władcą mroku, Lordem Ciemności. W tajemnicy przed wszystkimi Lord kazał uszyć dla siebie Jedyne Gacie, dające władze nad innymi. Elfy i krasnoludy pozbyły się gaci, ale ludzie byli za bardzo zaślepieni pragnieniem władzy. Dlatego stali się jeźdźcami ciemności, zwanymi Kaligulami. Ale w czasie największej bitwie w Wśródziemiu Lord został zabity, a gacie zaginęły. Dopiero ty je odnalazłeś. 
- No dobra, ale... - powiedziałem, ale nie zdążyłem dokończyć, bo drzwi sali otworzyły się. 
Do pomieszczenia wszedł Wężyk, za nim jakiś elf, człowiek i krasnolud. Giligil zaczął znowu coś mruczeć o dyskryminacji. Trójka z tych ważniejszych usiadła najbliżej mównicy, a elf staną na niej. 
- Ogłaszam zebranie komisji śledcz... - przerwał na chwile - A nie, pomyliłem kartki, przepraszam najmocniej. Więc ogłaszam zebranie Najwyższej Rady Do Spraw Jedynych Gaci, w skrócie NRDSJG. Na tym zebraniu musimy postanowić, co zrobić z Jedynymi Gaćmi. Ale najpierw sprawdzę obecność: Wężyk Szary? 
- Obecny! - Odpowiedział Wężyk 
- Patafiond? - zrobił krótką przerwę - Jestem! Donald Tasak? 
- Melduje się! - człowiek podniósł ręke do góry 
- I jeszcze... Lech Kaczuszka? 
- Co... co, ktoś mnie wołał? - zbudził się krasnolud 
- A więc jesteśmy w komplecie - rzekł Patafiond - niech strażnik przyniesie Jedyne Gacie! 
W tej chwili do sali wbiegł ten oto wołany strażnik, ale bez gaci. Wszyscy spojrzeli na niego z nieukrywaną ciekawością. 
- Panie - rzekł do Patafionda - ukradli Jedyne Gacie! 
- Jak to się stało?! - krzykną z wściekłością Wężyk 
- Stałem sobie na straży bramy, gdy podszedł do mnie jakiś skrzat i poprosił o jakieś drobniaki na wino. Powiedziałem mu, że nie ma i żeby spadał. Chwile potem usłyszałem jakieś szepty w krzakach. Poszedłem to sprawdzić, a stamtąd wyskoczył ten skrzat, zrobił nade mną kilka salt, kilka razy czas zwolnił, tak jak w tym, no... tam się uczyli sztuk walki z dyskietki leżąc plackiem przez godzinę... 
- W Matrixie? - dopowiedziałem 
- Właśnie, w Matrixie. No, więc przeskoczył nade mną i powiedział: "Popamiętasz Jolluma!" i wtedy spostrzegłem się, że nie mam gaci! 
- Co się teraz stanie! - Patafiond zaczął rozpaczać - Zostaliśmy pokonani! Nic nas teraz nie uratuje! 
Wtedy wstałem, popatrzyłem po przerażonych twarzach zebranych i poszedłem w stronę mównicy. 
- Ja - powiedziałem stając na mównicy - podejmę się zadania odzyskania gaci, albo zabicia Lorda Ciemności. 
Wszyscy Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Wężyk Szary podszedł do mnie i chwycił mnie za ramię. 
- Wiemy, że masz waleczne serce, ale nie możemy narażać cię na niebezpieczeństwo. Nie znasz tych krain. Nie pozwolimy ci iść. 
Gdy to powiedział, poczułem w sobie narastający gniew. Myślałem, że zaraz wyjdę z siebie. Poczerwieniałem z wściekłości. Ale z drugiej strony było mi ich żal, obawiałem się o ich przyszłość. Pragnę ich uratować, a słyszę o niechęci do tego czynu z ich strony. Zachowują się tak, jakby już byli jedną nogą na łonie Abrahama. Chciałem ich jakoś zmotywować do walki, ale miałem pustkę w głowie. Ale nie tylko oni mogą zginąć w tej grze. Tu stawką jest też moje życie! Gdy o tym pomyślałem, poczułem lęk, a ręce zwilgotniały mi z przejęcia. Ale oni mi nie pomogą, jest w nich zbyt dużo strachu. Ten strach przyćmiewa ich bohaterskość, odwagę i siłę. Są przerażeni, że mogą stracić życie, a ich świat może przestać istnieć. Ale wiem, że się wahają. Widzę to na ich twarzach. I nagle zauważam małe światełko w tunelu. 
- Mój miecz będzie ci służył! - Aragong podszedł do mnie i uklękną przede mną 
- Masz mój łuk! - To samo uczynił Legolars 
- I mój topór! - Uczynił to samo jako trzeci Giligil 
- I mój bicz! - Powiedział Indiana Jones 
- Indiana Jones? - Spytał z niedowierzaniem Patafiond - To nie twoja opowieść, spadaj! 
- Dobra, dobra, idę. Ale potem nie przylatujcie do mnie z płaczem prosząc o pomoc. - Rzucił na pożegnanie Jones 
- No cóż - rzekł Wężyk - nie ma sensu się wam przeciwstawiać, bo i tak postanowicie na swoim. A więc od teraz tworzycie Drużynę Gaci. Idźcie i pokonajcie zło! 
- No to ruszajmy! - Powiedziałem wychodząc przez drzwi - Eee... a w którą stronę? 
Następnego dnia ja, Aragong, Legolars, Giligil i Wężyk Szary wyruszyliśmy do Góry Mordu. Szliśmy przez niebezpieczne lasy, góry pokryte śniegiem, płynęliśmy przez nieznane rzeki i przeszliśmy przez kopalnie Morfiny. Niestety, żebyśmy wyszli stamtąd cało, Wężyk musiał zatrzymać ogromną bestie zwaną Larlogiem na moście. Most załamał się pod ciężarem potwora i wraz z Wężykiem spadli w dół. Zahaczyliśmy też o miasto zwane Lamerszawą, by uzupełnić zapasy jedzenia. Dotarliśmy w końcu do Góry Mordu. Wspięliśmy się na szczyt, gdzie ujrzeliśmy ogromny pałac. Na spotkanie z nami wyszedł sam Lord Ciemności. A więc zmartwychwstał! 
- Przybyliście tu - powiedział idąc w naszą stronę - by mnie zniszczyć - był coraz bliżej nas - lecz to się wam nie uda. - Staną tuż przede mną - Aaa, wybraniec. Ty zginiesz pierwszy! - krzykną i wyciągną miecz świetlny, chcąc zadać cios kończący moje życie, ale na szczęśćcie zrobiłem unik, a czas na chwile zwolnił. 
Moi towarzysze próbowali z nim walczyć, ale Lord przeciął bronie Aragonga i Giligila, a strzały Legolarsa odbijał. Gdy myśleliśmy, że to koniec, a Władca Mroku chciał zadać ostateczne cięcie, pojawiła się jakaś postać w olśniewającym blasku. Oślepiła Lorda Ciemności i spojrzała na nas. To był Wężyk! 
- Jam jest Wężyk Biały, wróciłem z zaświatów - zwrócił się do mnie - by pomóc ci pokonać Czarnego Króla. Masz, to jest miecz świetlny Obiw-Ank Enobiego. Pożyczyłem od niego. - Rzekł do mnie i mrugną okiem. 
Chwyciłem broń i włączyłem. Miecz miał kolor niebieski. Rzuciłem się na bezbronnego Lorda, ale on był szybszy i zrobił unik. Władca Mroku parował moje ciosy, a po chwili to on był tym napierającym. Walka przeniosła się na półkę skalną nad wulkanem. Wtedy Legolars strzelając z łuku trafił Lorda w ramię, co niezwłocznie wykorzystałem, ucinając mu ręce i nogi, które spadły w otchłań wulkanu. Stanąłem na nim i przystawiłem mu miecz do szyi. 
- Zabierzcie go ze mnie, bo go zabije! - wykrzyczał na całe gardło Lord 
- A co ty chcesz zrobić? - spytałem - Wykrwawić się na mnie? 
Zadałem cios kończący jego życie. Lord znikną, a my wróciliśmy z powrotem do Ripendel. Wieczorem odbyła się wielka uczta, wszyscy jedli i pili. Następnego dnia w moim pokoju pojawił się portal. Pożegnałem się ze wszystkimi i wróciłem z powrotem do domu. Tak zakończyła się ta przygoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz